kiedy myślę o Powstaniu…
Terminy:
01.08.2009 00:00-07.08.2009 00:00
bez tytułu, Klara Kopcińska, 1-7 sierpnia 2009, kontener
Parę rzeczy przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o Powstaniu.
Niektóre dość ponure. Pierwsza dotyczy historii. Wychowałam się na filmach wojennych, bo niewiele więcej pokazywano wówczas w telewizji, jeśli nie liczyć „Radzimy rolnikom”, i to nie tylko takich wesołkowo-oswojonych, jak Kloss czy Czterej pancerni, tylko niekiedy całkiem groźnie hardkorowych. Nakładały się na to równie ekstremalne opowieści mojej Mamy, która w chwili wybuchu wojny miała 14 lat i przeżyła rzeczy, o których nie chcemy dziś nawet myśleć. Wyobrażałam sobie wówczas nie raz jak uciekam gdzieś pod ostrzałem wroga, ukrywam się w piwnicach i meblach, że wreszcie jestem złapana i torturowana, zwłaszcza słynne wbijanie zapałek pod paznokcie przemawiało do mojej wyobraźni dziecka. W tych fantazjach byłam niezwykle dzielna, niezłomna, nigdy nikogo nie sypnęłam, nie wyrzekłam się swojej narodowej tożsamości.
Dziś, kiedy mam lat ponad czterdzieści i dwoje niedużych jeszcze dzieci, myślę niekiedy o tym, „co by było gdyby”. Co zrobiłabym, gdyby rzeczywiście wybuchła wojna, chociaż wydaje się to nam, ludziom przyjaźniącym się z całym światem za pośrednictwem netu, troszczącym się o dziurę ozonową i martwiącym co najwyżej niezapłaconymi rachunkami – niezwykle mało prawdopodobne. Jedyna odpowiedź, jaka przychodzi mi do głowy, jest taka, że zrobiłabym wszystko, aby moje dzieci (i wszystkie dzieci, wszyscy dorośli i starcy) znalazły się jak najdalej od tego konfliktu. Uciekłabym zabierając kogo się da ze sobą. Nie czekałabym, aż będę musiała dokonać wyboru Zofii. Nie rzucałabym się na wraże bagnety. Nie byłabym bohaterem. Zaprzedałabym duszę diabłu, poświęciła honor, byle tylko uratować życie, choćby jedno. (Tak przynajmniej sądzę dziś, „na sucho”).
Przygotowując swoją pracę na „Powstanie sztuki” w zeszłym roku w Radomiu, nie mogłam się uwolnić od myśli, że tak naprawdę Powstanie jest przede wszystkim upadaniem – upadaniem pojedynczych ludzi. Myślę, że moje miasto, miasto najbardziej chyba tragicznego zrywu wyzwoleńczego nigdy już nie „powstało”, nie podniosło się do końca z tego powstania-upadku, którego skutki (w postaci dezintegracji społecznej, kulturowej i przestrzennej) widzę w nim do dziś. Oczywiście nie jest to wina powstańców, tylko konsekwencja wojny, ale Powstanie jest z pewnością jedną z najgłębszych ran.
I tu pojawia się kolejna kwestia – jak dziś o tej ranie i innych narodowych ranach – mówimy. Otóż na fali słusznej poniekąd strategii przywracania wiedzy historycznej czy tożsamości narodowej, pojawiła się szczególna moda. Najbardziej tragiczne momenty historyczne, celem przybliżenia ich młodemu odbiorcy, odgrywa się podczas rocznic w tanim sztafażu i z pieśnią na ustach. Gloryfikuje się poległych w ten sposób, że ich dzisiejsi rówieśnicy ubrani w mundury postrzelają sobie trochę do siebie na odtworzonych barykadach, popadają na ziemię, aby potem wstać, otrzepać się i udać do gara z grochówką. Pojawiają się komiksy, RPG, gry komputerowe… Z całą pewnością powoduje to zainteresowanie młodzieży tematem, na pewno niektórych to wzruszy albo uświadomi jakąś prawdę. Z pewnością warto do młodych ludzi mówić ich językiem na każdy temat. Ale czy aby nie pojawia się niebezpieczeństwo, że przekonamy tę generację, do której należy także mój syn, do tego, że wojna to wspaniała przygoda, że to właśnie ta sytuacja, kiedy najlepiej sprawdza się przyjaźń i miłość, kiedy najważniejszymi wartościami stają się honor i patriotyzm i kiedy – można zginąć i zostać bohaterem pamiętanym przez pokolenia.
Nie wykluczam, jak to się dziś uważa (choć nie widać tego bynajmniej np. w klaustrofobicznych wierszach Baczyńskiego), że cześć młodych powstańców uważało udział w tym zrywie za swoisty fun, ale czy można to dziś zamieniać w choćby nie wiem jak edukacyjną, ale pokazową strzelankę? Czy przypadkiem nie dużo trudniejsze jest przekonanie ludzi, że to zwykłe życie, pozbawione w 99% adrenaliny, jest tą sytuacją kiedy najlepiej sprawdza się przyjaźń i miłość? Kiedy najważniejszymi wartościami stają się uczciwość i wierność sobie, ale realizowane codziennie, czasem boleśnie długo i nie pobudzane przez skrajne sytuacje? Kiedy bardzo trudno zostać bohaterem i trudno zostać zapamiętanym, a jednak można starać się ofiarować innym co mamy najlepszego? Kiedy trzeba żyć długo i z mozołem, a umrzeć nie w sekundę od kuli, ale często po długotrwałym cierpieniu i walce z chorobą? Śmierć bohaterska w konflikcie wojennym, gdzie jak pisał Baczyński „nie doznani miną, miną” jawi się tu bezwzględnie jako bardziej atrakcyjna, ale czy bardziej sensowna?
Popadłam w ten nadmiernie dramatyczny jak na moje możliwości i potrzeby ton, bo jakoś nie jestem w stanie wyobrazić sobie nic cenniejszego od jednostkowego życia, nie tylko ludzkiego zresztą, które z jednej strony jest takim tam małym pstryczkiem, jak iskierka z bajki o Wojtusiu, która zgasła, nim bajka dobiegła końca, a z drugiej, choćby było najkrótsze – nieskończenie długim, szczelnie zapisanym rękopisem.
Bardzo dziękuję wszystkim, którzy wzięli udział w moim projekcie i przełamując różne bariery – strachu, wstydu – padali przed kamerą. Dziękuję za pomoc: Jadłodajni Filozoficznej (lokalizacja), Tadeuszowi Sudnikowi (dźwięk), Żukowi Piwkowskiemu (kamera).
Kontener, 1-7 sierpnia 2008
Opublikowane w Wydarzenia w kalendarzu | Data publikacji: 29.07.2009
Wczytywanie... 