Warszawa ze snu – czyli, kilka słów po Wisłostradzie
W ostatni weekend wylądowałam pod mostem.
Warszawa stała się miastem z dziwnego snu, bo kawałek wiślanej plaży w okolicach Torwaru wypełnił się senną magią. Cudowne, pozytywne zaskoczenie, które wiąże się z miejscem widzianym przez mnie po raz pierwszy w życiu, choć w Warszawę znam od dziecka.
Mam na myśli teren, który znajduje się pod Mostem Łazienkowskim, piasek i beton, masa betonu! Dół mostu a więc sufit, tej dziwnej przestrzeni przywodzi na myśl statek kosmiczny, a pod nogami piach, zaś na podporach dachu żółto czarne wizerunki postaci filmowych buntowników i zjednoczonych z nimi na zawsze Marlona Brando, Jacka Nicholsona, Nicolasa Cage’a czy Zbigniewa Cybulskiego.
Dziwna przestrzeń. Dziwni ludzie. Dziwne miasto. Miasto którego nie widzę na co dzień, miasto, którego muszę szukać, takie o którym nie mam pojęcia, że istnieje. Ludzie, którzy jakby nie bardzo wiedzą o co chodzi, przyszli tam, stoją, patrzą i słuchają a niektórzy z nich, pewnie trochę w szoku tak jak ja pytają siebie, co się tutaj dzieje, czy to jest Warszawa?
Tak, to była Warszawa. To był finał czegoś co rozwijało się przez cały weekend, finał festiwalu Wisłostrada połączonego z akcją streetartową grupy Citydoping. Festiwalu, który odkąd pamiętam, choć może niezbyt dokładnie zmagał się z deszczem i dawał radę. I choć co roku przemija nieco niepostrzeżenie, wciąż ma miejsce. To już pięć lat. W mojej świadomości trzy, mimo to ciągle znajdują się ludzie, którzy pytają: Co to za impreza? Nigdy nie słyszałem.
Impreza dziwna, przyznam, nieco jak festiwale reggae, jak Bielawa czy Ostróda, nieco jak Juwenalia, trochę jak stare płockie Astigmatic – tak to pewnie przez pogodę i piach. Pomieszanie z poplątaniem - osobliwie pozytywne.
Miało mnie tam nie być, ale wracałam codziennie i wrócę w przyszłym roku. Jeśli oni dadzą radę, to ja też tam będę.
A za ten mural, wielkie dzięki jego autorowi! Dla mnie jest jak kawałek filmu w miejskiej przestrzeni, w betonowej dżungli nad brzegiem dzikiej rzeki . Niby z dala od miasta, ale uwięzione w jego części, nierozerwanie z nim związane ale tak inne od jego reszty. Nieco jak wrzód w miejskiej tkance lub ujmując to nieco inaczej jest jak świątynia buntu ze swymi idolami w tle.
Jak niesamowicie w tą przestrzeń wpisywał się wczoraj Robert Brylewski, kiedy w tym właśnie miejscu, na małej scenie oświetlonej tylko kilkoma reflektorami śpiewał: jestem sam w dolinie lalek. Wrażenie było paraliżujące.
To dziwne miejsce pośród betonowego monstrum, położone tuż pod ruchliwym mostem przenosi mnie do świata, który wydaje się istnieć tylko w wyobraźni reżyserów i zyskuje swój odrębny i tajemniczy byt jedynie na ekranie. To dziwne miejsce za pewne nigdy nie zostanie zauważone i zrozumiane przez mieszkańców tego miasta. W nieświadomości tysiące razy będą przejeżdżać mostem i nigdy nie zejdą na dół.
Cóż, dla mnie może to i lepiej.
Opublikowane w aktualności festiwalowe | Data publikacji: 24.06.2009
Wczytywanie... 


Bardzo ciekawe spojrzenie. Od dawna interesuje się graffiti i myślę, że w Warszawie niewiele jeszcze jest miejsc gdzie artyści swobodnie mogą się wypowiadać właśnie w tej formie, a szkoda. Wbrew stanowisku, które określa graffiti jedynie jako “zaśmiecanie” estetyki miejskiej, uważam, że jeśli stworzy się odpowiednią przestrzeń, “graficiarze” potrafią stworzyć niesamowite obrazy. Przykładem może być mur toru wyścigowego na Ursynowie, akcje Grupy Twożywo, czy projekty artystki Iwony Zając.
Most, to wspaniała przestrzeń. Jest na uboczu a raczej na “dnie”, często zaniedbana i zapomniana, a jakże może odżyć dzięki postaciom czy obrazom.
Gratuluję projektu.
Jestem ZA!